Napisane 15 lipca 1934 r. Na podstawie New International, t. 1 nr 2, sierpień 1934, s. 37–38.
Lew Trocki
Ogromne praktyczne znaczenie prawidłowej orientacji teoretycznej ujawnia się szczególnie wyraziście w okresie ostrych konfliktów społecznych, gwałtownych przesunięć politycznych i nagłych zmian sytuacji. W takich okresach koncepcje polityczne i uogólnienia szybko się wyczerpują i wymagają albo całkowitego zastąpienia (co jest łatwiejsze), albo ich konkretyzacji, doprecyzowania czy częściowej korekty (co jest trudniejsze). To właśnie w takich okresach powstają z konieczności wszelkiego rodzaju sytuacje i kombinacje przejściowe, pośrednie, które burzą zwyczajowe schematy i podwójnie wymagają nieustannej uwagi teoretycznej. Krótko mówiąc, jeśli w spokojnym i „organicznym” okresie (przed wojną) można było jeszcze czerpać korzyści z kilku gotowych abstrakcji, to w naszych czasach każde nowe wydarzenie brutalnie przypomina najważniejsze prawo dialektyki: prawda jest zawsze konkretna.
Stalinowska teoria faszyzmu stanowi niewątpliwie jeden z najbardziej tragicznych przykładów szkodliwych praktycznych konsekwencji, jakie mogą wynikać z zastąpienia dialektycznej analizy rzeczywistości — w każdej jej konkretnej fazie, na wszystkich etapach przejściowych, to znaczy zarówno w jej stopniowych zmianach, jak i rewolucyjnych (lub kontrrewolucyjnych) skokach — abstrakcyjnymi kategoriami sformułowanymi na podstawie częściowego i niewystarczającego doświadczenia historycznego (lub wąskiego i niewystarczającego oglądu całości). Staliniści przyjęli pogląd, że we współczesnej epoce kapitał finansowy nie może pogodzić się z demokracją parlamentarną i jest zmuszony uciekać się do faszyzmu. Z tej idei — absolutnie słusznej w pewnych granicach — wyciągnęli oni, w czysto dedukcyjny i formalno-logiczny sposób, identyczne wnioski dla wszystkich krajów i wszystkich etapów rozwoju. Dla nich Primo de Rivera, Mussolini, Czang Kaj-szek, Masaryk, Brüning, Dollfuss, Piłsudski, serbski król Aleksander, Severing, MacDonald itd. byli przedstawicielami faszyzmu. Zapomnieli przy tym: (a) że również w przeszłości kapitalizm nigdy nie godził się z „czystą” demokracją, raz uzupełniając ją reżimem jawnych represji, innym razem zastępując ją nim całkowicie; (b) że „czysty” kapitał finansowy nigdzie nie istnieje; (c) że nawet zajmując dominującą pozycję, kapitał finansowy nie działa w próżni i musi liczyć się z innymi warstwami burżuazji oraz z oporem klas uciskanych; (d) że wreszcie pomiędzy demokracją parlamentarną a reżimem faszystowskim nieuchronnie pojawia się cały szereg form przejściowych, następujących po sobie, czasem „pokojowo”, czasem poprzez wojnę domową. Każda z tych form przejściowych — jeśli chcemy iść naprzód, a nie zostać odrzuceni do tyłu — wymaga prawidłowej oceny teoretycznej i odpowiadającej jej polityki proletariatu.
Na podstawie doświadczeń niemieckich, bolszewicy-leniniści po raz pierwszy odnotowali przejściową formę rządów (choć mogła i powinna była zostać ustalona już na podstawie doświadczeń włoskich), którą nazwaliśmy bonapartyzmem (rządy Brüninga, Papena, Schleichera). W bardziej precyzyjnej i rozwiniętej postaci zaobserwowaliśmy następnie reżim bonapartystyczny w Austrii. Determinizm tej formy przejściowej stał się oczywisty — naturalnie nie w sensie fatalistycznym, lecz dialektycznym — to znaczy dla krajów i okresów, w których faszyzm, odnosząc coraz większe sukcesy i nie napotykając zwycięskiego oporu proletariatu, atakował pozycje demokracji parlamentarnej po to, by następnie zdławić proletariat.
W okresie Brüning–Schleicher Manuilski i Kuusinen ogłaszali: „faszyzm już tu jest”; teorię etapu pośredniego, bonapartystycznego, uznawali za próbę zamaskowania faszyzmu po to, by ułatwić socjaldemokracji politykę „mniejszego zła”. W tym czasie socjaldemokratów nazywano socjalfaszystami, a „lewicowi” socjaldemokraci typu Zyromsky–Marceau Pivert–Just uchodzili — po „trockistach” — za najniebezpieczniejszych socjalfaszystów. Wszystko to uległo teraz zmianie. W odniesieniu do współczesnej Francji staliniści nie odważają się już powtarzać: „faszyzm już tu jest”; przeciwnie, przyjęli politykę jednolitego frontu, którą jeszcze wczoraj odrzucali, aby zapobiec zwycięstwu faszyzmu we Francji. Zostali zmuszeni do odróżnienia reżimu Doumergue’a od reżimu faszystowskiego. Doszli jednak do tego rozróżnienia jako empiryści, a nie jako marksiści. Nie próbują nawet podać naukowej definicji reżimu Doumergue’a. Kto operuje w teorii abstrakcyjnymi kategoriami, skazany jest na ślepą kapitulację wobec faktów.
A przecież to właśnie we Francji przejście od parlamentaryzmu do bonapartyzmu (a dokładniej: pierwszy etap tego przejścia) przybrało szczególnie wyrazisty i demonstracyjny charakter. Wystarczy przypomnieć, że rząd Doumergue’a pojawił się pomiędzy próbą wojny domowej podjętą przez faszystów (6 lutego) a strajkiem generalnym proletariatu (12 lutego). Gdy tylko nieprzejednane obozy zajęły pozycje bojowe na biegunach społeczeństwa kapitalistycznego, szybko stało się jasne, że maszyna licząca parlamentaryzmu straciła wszelkie znaczenie. To prawda, że rząd Doumergue’a — podobnie jak wcześniej rządy Brüninga i Schleichera — na pierwszy rzut oka wydaje się rządzić za zgodą parlamentu. Ale jest to parlament, który abdykował, parlament wiedzący, że w razie oporu rząd po prostu się bez niego obejdzie. Dzięki względnej równowadze pomiędzy obozem kontrrewolucji, który atakuje, a obozem rewolucji, który się broni — dzięki ich chwilowej wzajemnej neutralizacji — oś władzy została wyniesiona ponad klasy i ponad ich parlamentarną reprezentację. Konieczne stało się znalezienie szefa rządu poza parlamentem i „ponad partiami”. Szef rządu wezwał sobie na pomoc dwóch generałów. Ta trójca oparła się po prawej i lewej stronie na symetrycznie rozmieszczonych zakładnikach parlamentarnych. Rząd nie jawi się jako organ wykonawczy większości parlamentarnej, lecz jako sędzia-arbiter pomiędzy dwoma walczącymi obozami.
Rząd, który wynosi się ponad naród, nie zawisa jednak w próżni. Prawdziwa oś obecnego rządu przebiega przez policję, biurokrację i klikę wojskową. Mamy do czynienia z dyktaturą wojskowo-policyjną, ledwie zamaskowaną dekoracjami parlamentaryzmu. Ale rząd szabli jako sędziego-arbitra narodu — właśnie tym jest bonapartyzm.
Sama szabla nie posiada niezależnego programu. Jest narzędziem „porządku”. Zostaje wezwana do ochrony istniejącego stanu rzeczy. Wznosząc się politycznie ponad klasy, bonapartyzm — podobnie jak wcześniej cezaryzm — reprezentuje w sensie społecznym, zawsze i w każdej epoce, rząd najsilniejszej i najtwardszej części wyzyskiwaczy; dlatego współczesny bonapartyzm nie może być niczym innym jak rządem kapitału finansowego, który kieruje, inspiruje i korumpuje szczyty biurokracji, policji, kasty oficerskiej i prasy.
„Reforma konstytucyjna”, o której tyle mówiono w ostatnich miesiącach, ma za jedyne zadanie dostosowanie instytucji państwowych do wymogów i wygody rządu bonapartystycznego. Kapitał finansowy poszukuje legalnych dróg, które umożliwią mu każdorazowo narzucenie narodowi najbardziej odpowiedniego sędziego-arbitra przy wymuszonej zgodzie quasi-parlamentu. Oczywiste jest, że rząd Doumergue’a nie jest ideałem „silnego rządu”. W rezerwie znajdują się bardziej odpowiedni kandydaci na Bonapartego. Możliwe są nowe doświadczenia i kombinacje w tej dziedzinie, jeśli dalszy rozwój walki klasowej pozostawi im wystarczająco dużo czasu.
Przewidując przyszłość, jesteśmy zmuszeni powtórzyć to, co bolszewicy-leniniści mówili kiedyś o Niemczech: polityczne szanse obecnego francuskiego bonapartyzmu nie są wielkie; jego stabilność określona jest przez chwilową i w gruncie rzeczy niestabilną równowagę między obozami proletariatu i faszyzmu. Układ sił pomiędzy tymi dwoma obozami musi szybko się zmienić, częściowo pod wpływem koniunktury gospodarczej, przede wszystkim jednak zależnie od jakości polityki proletariackiej awangardy. Zderzenie między tymi dwoma obozami jest nieuniknione. Skala czasowa tego procesu będzie liczona w miesiącach, a nie w latach. Stabilny reżim może zostać ustanowiony dopiero po tym zderzeniu, zależnie od jego wyników.
Faszyzm u władzy, podobnie jak bonapartyzm, może być jedynie rządem kapitału finansowego. W tym społecznym sensie nie różni się on nie tylko od bonapartyzmu, ale nawet od demokracji parlamentarnej. Za każdym razem staliniści odkrywali to na nowo, zapominając, że kwestie społeczne rozstrzygają się w sferze politycznej. Siła kapitału finansowego nie polega na zdolności ustanawiania dowolnego rządu w dowolnym czasie, zgodnie ze swoją wolą; nie posiada on takiej możliwości. Jego siła polega na tym, że każdy nieproletariacki rząd zmuszony jest służyć kapitałowi finansowemu; albo jeszcze lepiej: że kapitał finansowy posiada możliwość zastępowania każdego ze swoich systemów dominacji, który ulega rozkładowi, innym systemem lepiej odpowiadającym zmienionym warunkom. Jednak przejście od jednego systemu do drugiego oznacza kryzys polityczny, który — przy współudziale aktywności rewolucyjnego proletariatu — może przekształcić się w społeczne zagrożenie dla burżuazji. Samo przejście od demokracji parlamentarnej do bonapartyzmu było we Francji połączone z fermentem wojny domowej. Perspektywa przejścia od bonapartyzmu do faszyzmu jest brzemienna w znacznie groźniejsze wstrząsy, a tym samym także rewolucyjne możliwości.
Jeszcze wczoraj staliniści uważali, że naszym „głównym błędem” było dostrzeganie w faszyzmie drobnomieszczaństwa, a nie kapitału finansowego. Także w tym przypadku podstawiali oni abstrakcyjne kategorie w miejsce dialektyki klas. Faszyzm jest specyficznym środkiem mobilizacji i organizacji drobnomieszczaństwa w społecznych interesach kapitału finansowego. W okresie demokratycznym kapitał nieuchronnie usiłował zaszczepić robotnikom zaufanie do reformistycznego i pacyfistycznego drobnomieszczaństwa. Przejście do faszyzmu jest natomiast nie do pomyślenia bez uprzedniego nasycenia drobnomieszczaństwa nienawiścią do proletariatu. Panowanie tej samej superklasy — kapitału finansowego — opiera się w tych dwóch systemach na bezpośrednio przeciwnych relacjach z klasami uciskanymi.
Polityczna mobilizacja drobnomieszczaństwa przeciw proletariatowi jest jednak nie do pomyślenia bez tej społecznej demagogii, która oznacza igranie z ogniem dla wielkiej burżuazji. Niebezpieczeństwo dla „porządku”, jakie niesie wyzwolona drobnomieszczańska reakcja, zostało właśnie potwierdzone przez ostatnie wydarzenia w Niemczech. Dlatego francuska burżuazja, wspierając i aktywnie finansując reakcyjne bandy w jednej ze swoich frakcji, stara się nie doprowadzić spraw do politycznego zwycięstwa faszyzmu, dążąc jedynie do ustanowienia „silnej” władzy, która ostatecznie ma zdyscyplinować oba skrajne obozy.
To, co zostało powiedziane, wystarczająco pokazuje, jak ważne jest odróżnianie bonapartystycznej formy władzy od formy faszystowskiej. Byłoby jednak niewybaczalnym błędem popaść w przeciwieństwo, to znaczy uczynić z bonapartyzmu i faszyzmu dwie logicznie niezgodne kategorie. Tak jak bonapartyzm zaczyna od łączenia reżimu parlamentarnego z faszyzmem, tak zwycięski faszyzm zmuszony jest nie tylko wejść w blok z bonapartystami, ale ponadto wewnętrznie zbliżyć się do systemu bonapartystycznego. Długotrwałe panowanie kapitału finansowego za pomocą reakcyjnej demagogii społecznej i drobnomieszczańskiego terroru jest niemożliwe. Dochodząc do władzy, przywódcy faszystowscy zmuszeni są uciszyć masy, które za nimi podążają, przy pomocy aparatu państwowego. Tym samym tracą poparcie szerokich mas drobnomieszczaństwa. Niewielka jego część zostaje wchłonięta przez aparat biurokratyczny. Inna pogrąża się w obojętności. Trzecia — pod różnymi sztandarami — przechodzi do opozycji. Ale tracąc społeczną bazę masową, opierając się na aparacie biurokratycznym i oscylując między klasami, faszyzm przekształca się z powrotem w bonapartyzm. Także tutaj stopniowa ewolucja przecinana jest przez gwałtowne i krwawe epizody. W odróżnieniu od przedfaszystowskiego lub prewencyjnego bonapartyzmu (Giolitti, Brüning–Schleicher, Doumergue itd.), który odzwierciedla niezwykle niestabilną i krótkotrwałą równowagę pomiędzy walczącymi obozami, bonapartyzm pochodzenia faszystowskiego (Mussolini, Hitler itd.), wyrastający z rozbicia, rozczarowania i demoralizacji obu obozów masowych, odznacza się znacznie większą stabilnością.
Pytanie „faszyzm czy bonapartyzm?” wywołało pewne różnice zdań wśród naszych polskich towarzyszy na temat reżimu Piłsudskiego. Sama możliwość takich różnic najlepiej świadczy o tym, że mamy do czynienia nie ze sztywnymi kategoriami logicznymi, lecz z żywymi formacjami społecznymi, które wykazują niezwykle wyraźne osobliwości w różnych krajach i na różnych etapach rozwoju.
Piłsudski doszedł do władzy pod koniec powstania opartego na masowym ruchu drobnomieszczańskim i skierowanego bezpośrednio przeciw dominacji tradycyjnych partii burżuazyjnych w imię „silnego państwa”; jest to cecha faszystowska charakterystyczna zarówno dla ruchu, jak i dla reżimu. Jednak specyficzna waga polityczna, czyli masa polskiego faszyzmu, była znacznie słabsza niż włoskiego faszyzmu w swoim czasie, a tym bardziej niż faszyzmu niemieckiego; Piłsudski musiał w znacznie większym stopniu korzystać z metod spisku wojskowego i znacznie ostrożniej podchodzić do kwestii organizacji robotniczych. Wystarczy przypomnieć, że zamach stanu Piłsudskiego odbył się przy sympatii i poparciu polskiej partii stalinowskiej. Rosnąca wrogość ukraińskiego i żydowskiego drobnomieszczaństwa wobec reżimu Piłsudskiego utrudniała mu z kolei rozpoczęcie generalnego ataku na klasę robotniczą.
W rezultacie takiej sytuacji oscylacja pomiędzy klasami i narodowymi częściami klas zajmowała i nadal zajmuje u Piłsudskiego znacznie większe miejsce, a masowy terror — znacznie mniejsze — niż w odpowiadających okresach u Mussoliniego czy Hitlera; na tym polega bonapartystyczny element reżimu Piłsudskiego. Byłoby jednak oczywiście fałszywe porównywać Piłsudskiego z Giolittim czy Schleicherem i oczekiwać, że zostanie on zastąpiony przez nowego polskiego Mussoliniego lub Hitlera. Metodologicznie błędne jest tworzenie obrazu jakiegoś „idealnego” faszyzmu i przeciwstawianie go temu realnemu reżimowi faszystowskiemu, który wyrósł — ze wszystkimi swoimi osobliwościami i sprzecznościami — na gruncie stosunków klasowych i narodowościowych państwa polskiego. Czy Piłsudski będzie zdolny doprowadzić dzieło niszczenia organizacji proletariackich do końca — a logika sytuacji nieuchronnie pcha go tą drogą — nie zależy od formalnej definicji „faszyzmu jako takiego”, lecz od rzeczywistego układu sił, dynamiki procesów politycznych zachodzących w masach, strategii proletariackiej awangardy, a wreszcie od przebiegu wydarzeń w Europie Zachodniej, przede wszystkim we Francji.
Historia może jeszcze zapisać fakt, że polski faszyzm został obalony i obrócony w pył, zanim zdołał znaleźć dla siebie „totalitarną” formę wyrazu.
Powiedzieliśmy wyżej, że bonapartyzm pochodzenia faszystowskiego jest nieporównanie bardziej stabilny niż prewencyjne eksperymenty bonapartystyczne, do których wielka burżuazja ucieka się w nadziei uniknięcia faszystowskiego rozlewu krwi. Niemniej jednak ważniejsze — z teoretycznego i praktycznego punktu widzenia — jest podkreślenie, że sam fakt przekształcania się faszyzmu w bonapartyzm oznacza początek jego końca. Jak długo potrwa obumieranie faszyzmu i w którym momencie jego choroba przejdzie w agonię, zależy od wielu przyczyn wewnętrznych i zewnętrznych. Jednak sam fakt, że kontrrewolucyjna aktywność drobnomieszczaństwa wygasa, że ulega ono rozczarowaniu i rozpadowi, a jego atak na proletariat słabnie, otwiera nowe możliwości rewolucyjne. Cała historia pokazuje, że nie da się utrzymać proletariatu w kajdanach wyłącznie przy pomocy aparatu policyjnego. To prawda, że doświadczenie Włoch pokazuje, iż psychologiczne dziedzictwo ogromnej katastrofy utrzymuje się w klasie robotniczej znacznie dłużej niż sam układ sił, który tę katastrofę zrodził. Jednak psychologiczna inercja klęski jest jedynie kruchą podporą. Może rozpaść się pod jednym uderzeniem potężnego wstrząsu. Takim wstrząsem — dla Włoch, Niemiec, Austrii i innych krajów — może być sukces walki francuskiego proletariatu.
Rewolucyjny klucz do sytuacji w Europie i na całym świecie znajduje się dziś przede wszystkim we Francji!
