Walter Chambers, S.A. Rosja
Miesiąc temu Trump i Netanjahu rozpoczęli brutalną wojnę przeciwko Iranowi, w różnych momentach obiecując zakończenie irańskiego programu broni jądrowej, powstrzymanie użycia rakiet balistycznych, wymuszenie zmiany reżimu, przejęcie ropy naftowej kraju, a jeszcze dwa dni temu – zakończenie irańskiej cywilizacji i cofnięcie kraju do „epoki kamienia”. Trump nie zauważył nawet ironii polegającej na tym, że pod koniec epoki kamienia cywilizacja perska rozciągała się znacznie dalej niż dzisiejszy Iran i była jedną z najbardziej zaawansowanych na świecie — budowała już miasta, rozwijała astronomię i matematykę, rozwijała nowoczesną medycynę i stosowała systemy irygacyjne.
Jednak mimo jego wycofania się w ostatniej chwili i zgody na zawieszenie broni, żaden z celów Trumpa nie został osiągnięty, a Iran nadal utrzymuje kontrolę nad Cieśniną Ormuz.
Wojna nie została wszczęta, aby stworzyć warunki, w których zwykli Irańczycy uzyskaliby możliwość samoorganizacji, obalenia dyktatury i ustanowienia demokratycznego społeczeństwa. Jej rzeczywistym celem było umocnienie dominacji amerykańskiego imperializmu i Izraela w regionie, w tym przejęcie kontroli nad dostawami ropy i gazu, podczas gdy irański reżim był zdeterminowany, by bronić swojej dyktatury. To kolejny dowód — jeśli w ogóle potrzeba dalszych — na konieczność budowy silnego, międzynarodowego ruchu antyimperialistycznego, opartego na wyraźnej politycznej alternatywie klasy pracującej wobec systemu kapitalistycznego, połączonego z realną, materialną i polityczną solidarnością z walczącymi przeciwko reżimowi w Iranie, jak również gdziekolwiek indziej.
Natychmiastowe konsekwencje w Azji Zachodniej
Wciąż jest zbyt wcześnie, aby stwierdzić, czy zawieszenie broni wynegocjowane przez Pakistan się utrzyma i jaki będzie ostateczny rezultat rozmów. W wyniku wewnętrznej presji związanej z nieosiągnięciem celów w Iranie, desperacka próba odzyskania wiarygodności przez Netanjahu poprzez kolejne brutalne ataki na Liban ponownie grozi eskalacją konfliktu. Pomimo triumfalnych deklaracji Białego Domu o pełnym zwycięstwie przez wielkie „Z”, rzeczywistość wskazuje, że amerykański imperializm poniósł poważny cios.
W trakcie wojny tysiące celów w Iranie zostało trafionych przez dziesiątki tysięcy amerykańskich i izraelskich rakiet oraz pocisków. Największe koszty ponoszą ludzie pracy, ich dzieci i wszyscy uciskani w Iranie, Libanie i innych miejscach — to ich życie, zdrowie i domy niszczą dywanowe bombardowania. Jednocześnie Islamska Republika blokuje dostęp do internetu, nasila represje i podejmuje działania, by zapobiec protestom przeciwko reżimowi.
Trump twierdzi, że był zaskoczony reakcją Iranu, choć planowana odpowiedź była znana z wyprzedzeniem. Nie mogąc bezpośrednio dorównać połączonej potędze militarnej USA i Izraela, Iran przeniósł koszty wojny na cały region oraz światową gospodarkę. Od początku konfliktu kraj ten wystrzelił około 1500 rakiet balistycznych i 2500 dronów w kierunku Izraela oraz państw arabskich.
Pomimo ogromnej przewagi militarnej USA i Izraela oraz sukcesu w eliminacji byłego ajatollaha i innych kluczowych postaci reżimu, pozostają oni bardzo daleko od osiągnięcia swoich celów politycznych — zmiany reżimu, a w przypadku USA także przejęcia kontroli nad zasobami ropy i gazu. USA i Izrael nie są w stanie wygrać tej wojny, coraz bardziej pogrążając się w strategicznym impasie.
W Libanie izraelski reżim również nasilił swoje śmiercionośne ataki. Od 2 marca zginęło ponad 1400 osób, w tym 125 dzieci. Całe rodziny zostały zniszczone, a ponad milion ludzi zmuszono do opuszczenia swoich domów. Odmowa Netanjahu dotrzymania zawieszenia broni, dalsze bombardowania oraz plany okupacji południowego Libanu stwarzają realne zagrożenie, że region ten podzieli los Gazy.
Podczas gdy Trump przynajmniej tymczasowo zepchnął skandal Epsteina na dalszy plan, Netanjahu rozpoczął nową falę ataków na Palestyńczyków. Od czasu tzw. zawieszenia broni 663 cywilów w Palestynie zginęło w wyniku działań izraelskiej armii, a kolejne 1700 zostało rannych. Netanjahu dąży do pogłębienia kryzysu humanitarnego w Gazie poprzez dalsze zaostrzenie kontroli nad przejściem w Rafah. Izraelscy członkowie parlamentu świętowali uchwalenie nowego prawa, przewidującego karę śmierci dla Palestyńczyków, wznosząc toasty i przypinając odznaki w kształcie stryczków.
Fałszywy wybór między amerykańskim imperializmem a tyranią ajatollahów
W poprzednich miesiącach i latach heroiczne kobiety, pracownicy i młodzież inspirowali świat swoją walką przeciwko brutalnemu reżimowi ajatollahów. Ich gniew oddają słowa robotnika z Chuzestanu:
W sytuacji, gdy amerykańskie i izraelskie myśliwce bombardują nasze domy i życie z niskiej wysokości, ci ludzie [Strażnicy Rewolucji] ustawiają punkty kontrolne na każdym rogu ulicy i wymierzają lufy ciężkich karabinów maszynowych w zwykłych ludzi w zaułkach i na targach, by uniemożliwić jakikolwiek sprzeciw. Tak wygląda nasze życie: musimy znosić strach przed bombardowaniami, godzić się z pustymi stołami i głodnymi brzuchami naszych żon i dzieci, drżeć ze strachu w fabrykach, rafineriach i magazynach ropy, a następnie mierzyć się z uzbrojonymi oddziałami na każdym skrzyżowaniu.
Świat był wstrząśnięty atakiem na szkołę w pierwszych dniach wojny. Od tego czasu trafiono kolejne dziesiątki szkół oraz wiele szpitali. Tysiące zwykłych ludzi pracy i młodych osób, takich jak Majid Yulchi oraz dziesięciu innych pracowników fabryki skrobi pszennej Payard, zginęło w wyniku amerykańskich i izraelskich ataków rakietowych. Dołączają oni do wszystkich tych, których reżim zamordował w ciągu ostatnich trzech miesięcy — bohaterskich protestujących, takich jak piłkarka Zahrah Azadpur, 66-letnia Jamileh Shafiyee, 15-letni Benjamin Mohammadi, nauczycielka gry na skrzypcach Sanam PurBabaeie oraz dentystka Mahsa Dezfulian. Od początku wojny stracono co najmniej 13 opozycjonistów, głównie młodych ludzi.
Jakby bombardowanie szkół nie było wystarczające, izraelskie siły zaczęły atakować także uniwersytety. Na początku kwietnia trafiono Uniwersytet Sharifa — jedną z czołowych uczelni inżynieryjnych. Studenci tej uczelni należeli do pierwszych, którzy w 2022 roku wystąpili w poparciu dla ruchu „Kobieta, Życie, Wolność”, a także ponownie znaleźli się w pierwszych szeregach protestów w styczniu tego roku.
Izraelskie bomby zniszczyły również synagogę Rafi-Nia w centrum Teheranu.
Ofiary są odczłowieczane
Skala ofiar — każda z nich mająca rodziny, przyjaciół i bliskich — znacznie przewyższa liczbę osób zabitych w Izraelu oraz wśród wojsk USA w wyniku irańskich działań odwetowych wspieranych przez Hezbollah.
Szczególnie bolesne dla bliskich jest to, w jaki sposób śmierć ofiar bywa wykorzystywana i odczłowieczana przez strony konfliktu. Robi to zarówno irański reżim, instrumentalizując tragedię rodziców dzieci zabitych w Minab, jak i monarchiści, którzy lekceważą te ofiary ze względu na ich pochodzenie.
Wielu z tych, którzy postrzegają ten konflikt jako przerażającą konsekwencję geopolityki lub którzy popierają jedną bądź drugą stronę, traktuje ofiary tego piekła na ziemi jak pionki niemające żadnej roli do odegrania w rozwoju wydarzeń. Takie podejście odbiera im indywidualność i człowieczeństwo, a zarazem pomaga imperialistom oraz rządzącym elitom Izraela i Iranu w usprawiedliwieniu przeprowadzania kolejnych brutalnych ataków.
Cele wojny Trumpa i Netanjahu
Konferencje prasowe Trumpa i jego wpisy na „Truth Social” mogą sprawiać wrażenie zupełnego chaosu, utrudniając ustalenie, jaki był rzeczywisty cel nowej, przerażającej wojny. Mimo deklaracji o „kończeniu wojen”, w ciągu ostatniego roku zainicjował działania militarne wobec ośmiu państw — Iraku, Syrii, Somalii, Jemenu, Nigerii, Wenezueli, Ekwadoru i Iranu — jednocześnie podsycając napięcia w innych regionach oraz kierując agresywne groźby pod adresem kolejnych krajów, od Grenlandii po Kubę.
Odurzony sukcesem „zmiany reżimu” w Wenezueli i twierdzeniami, że w zeszłym roku zniszczył irańskie zdolności nuklearne, sam arogancko uwierzył, w możliwość osiągnięcia w Iranie wszystkiego czego zapragnie. Jakby tego było mało, Trump i jego zwolennicy twierdzą, że wszystko to jest „częścią boskiego planu”.
W chwili wybuchu wojny Biały Dom twierdził, że Iran wznowił swój program nuklearny, dzięki czemu dysponuje ilością wzbogaconego uranu wystarczającą do skonstruowania bomby „w ciągu kilku dni” oraz rozwija dalekosiężne rakiety balistyczne zdolne do uderzenia w terytorium USA. Nie usprawiedliwiając w żaden sposób działań irańskiego reżimu, należy podkreślić, że twierdzenia Trumpa nie mają żadnego pokrycia w faktach.
Rafael Grossi, szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, stwierdził:
„Iran ma ambitny program nuklearny, ale nie posiada programu budowy broni jądrowej”.
Według Defense Intelligence Agency (amerykańskiej służby wywiadowczej), Iran nie posiada rakiet zdolnych do uderzenia w USA i potrzebowałby co najmniej dekady, aby je opracować.
Jednak – na wzór fałszywych twierdzeń administracji George’a W. Busha i Tony’ego Blaira o „broni masowego rażenia” w Iraku, które posłużyły jako uzasadnienie inwazji – Stany Zjednoczone i Izrael odrzucają ocenę MAEA, utrzymując, że Iran dysponuje około 400–460 kilogramami uranu wzbogaconego do poziomu 60%, co mogłoby wystarczyć do produkcji 11 bomb
Nawet jeśli byłoby to prawdą, badacze z Illinois State University twierdzą, że teoretycznie możliwe byłoby skonstruowanie bomby przy użyciu 40 kg częściowo wzbogaconego uranu, ale miałaby ona rozmiar kontenera transportowego i siłę jednej kilotony — podczas gdy bomba zrzucona na Hiroszimę miała moc ok. 15 kiloton.
W porównaniu z izraelskim arsenałem nuklearnym, który według szacunków obejmuje znacznie ponad 100 głowic o sile często przekraczającej 100 kiloton, potencjalny arsenał Iranu — mimo że pochłania ogromną część budżetu państwa — wydaje się szczególnie nieefektywny. Wielu irańskich aktywistów uważa, że sam reżim, ze swoją militarystyczną retoryką i groźbami, również ponosi odpowiedzialność za obecną sytuację.
„Czerwone linie” Netanjahu
Za zamieszaniem wokół celów wojny ze strony Białego Domu kryło się oświadczenie omańskiego ministra spraw zagranicznych Badra Albusaidiego. Powiedział on, że przed atakiem USA i Izraela osiągnięto duży postęp w negocjacjach między USA a Iranem i że strony były „na progu porozumienia”. W tym kontekście wiarygodne są twierdzenia, że jednostronne działania Netanjahu mające na celu rozpoczęcie ataku miały podważyć możliwość zawarcia jakiegokolwiek porozumienia.
Po miesiącu od wybuchu konfliktu Biały Dom próbuje znaleźć wyjście z impasu. Nie osiągnięto szybkich sukcesów, na które liczono, a odpowiedź Iranu wywołała gniew i destabilizację wśród reakcyjnych reżimów świata arabskiego. Zakłócenie żeglugi w Cieśninie Ormuz stworzyło poważne zagrożenie dla globalnej gospodarki. Tymczasem ruch MAGA — przynajmniej w jego kierowniczych kręgach — zaczyna wykazywać oznaki wewnętrznych podziałów, podczas gdy poparcie Trumpa wyraźnie spada w sondażach.
Trump nie wahał się publicznie obrażać i upokarzać sojuszników Stanów Zjednoczonych, jednak mimo to wielu z nich nadal lawiruje, wygłaszając ostrożne i często sprzeczne deklaracje dotyczące ewentualnego udziału w wojnie. Przykładem jest brytyjski premier Keir Starmer, który utrzymuje, że rząd Partii Pracy nie poprze konfliktu, a jednocześnie wysłał okręty wojenne do Cieśniny Ormuz i umożliwia wykorzystanie brytyjskich baz wojskowych, takich jak Lakenheath w hrabstwie Suffolk czy Diego Garcia na Oceanie Indyjskim. Z kolei wpływowa posłanka Partii Pracy Emily Thornberry przekonuje, że bazy te mogłyby zostać użyte „do osłabienia ofensywnych zdolności Iranu”, lecz nie do działań stricte ofensywnych.
Tymczasem syjonistyczny rząd Netanjahu pozostaje zdeterminowany do realizacji własnych celów. Dąży on do zniszczenia państwa irańskiego oraz jego potencjału do konkurowania z izraelską hegemonią w regionie — najlepiej poprzez podważenie wszelkiego dalszego zbliżenia między Iranem a reżimami arabskimi. Umożliwiłoby to Izraelowi swobodne kontynuowanie ludobójstwa w Strefie Gazy, rozszerzenie go na Zachodni Brzeg oraz rozbicie Libanu, a w pewnym stopniu także Syrii.
Niezależnie od tego, czy Trump wycofa się ze swoich coraz ostrzejszych gróźb, czy też nie, Netanjahu wyznacza własne „czerwone linie”, które — jego zdaniem — nie mogą zostać przekroczone w żadnych negocjacjach. Po pierwsze domaga się całkowitego usunięcia wzbogaconego uranu, którym Iran ma rzekomo dysponować, a następnie likwidacji irańskich zdolności w zakresie rakiet balistycznych. Za tymi postulatami kryje się jednak szersza strategia: determinacja do kontynuowania bombardowań irańskich miast w celu osłabienia zdolności państwa do funkcjonowania oraz podważenia jego pozycji jako regionalnej potęgi, a także rozbicia tzw. „osi oporu”. Taki scenariusz oznaczałby głęboką zmianę równowagi sił na Bliskim Wschodzie, w której izraelskie ambicje budowy „Wielkiego Izraela” mogłyby wejść w bezpośredni konflikt z interesami reżimów arabskich.
Wojna ma również istotny wymiar wewnętrzny. Globalna reputacja Izraela została poważnie nadszarpnięta przez wydarzenia w Strefie Gazy. Obecnie, mimo że przemoc na okupowanych terytoriach trwa, jest znacznie rzadziej poruszana w światowych serwisach informacyjnych. Jednocześnie Netanjahu wykorzystuje konflikt do odwrócenia uwagi od własnych problemów politycznych i prawnych — zwrócił się do prezydenta Icchaka Herzoga o interwencję w sprawie ciążących na nim zarzutów korupcyjnych.
Równolegle jego rząd podejmuje próby powrotu do kontrowersyjnych reform sądownictwa, które w 2023 roku wywołały masowe protesty, oraz liczy na osłabienie presji na przeprowadzenie pełnego śledztwa w sprawie wydarzeń z 7 października. W obliczu zbliżających się wyborów Netanjahu zakładał, że szerokie poparcie społeczne dla działań wojennych — sięgające według niektórych badań ponad 80% w przypadku uderzeń na Iran — przełoży się na wzrost jego notowań. Jak dotąd jednak nie przyniosło to oczekiwanego efektu.
Trump chce ropy i gazu
Donald Trump już w 1980 roku opowiadał się za amerykańskim atakiem na Iran. W wywiadzie dla stacji NBC, pytany o to, czy popiera użycie sił zbrojnych USA, odpowiedział krótko: 'Tak’. Przekonywał wówczas, że gdyby Ameryka zdecydowała się na ten krok, “bylibyśmy teraz krajem bogatym w ropę”
To chciwość na ropę i żądza dominacji pchają Trumpa ku zmianie reżimu w Iranie. Marzeniem USA jest scenariusz wenezuelski: usunięcie liderów i zawarcie porozumienia z częścią elit, dającego pełną kontrolę nad globalnymi zasobami. Trump mówił o tym wprost, snując wizje wspólnego zarządzania Cieśniną Ormuz.
Trump podjął duże ryzyko, decydując się na aresztowanie Maduro — co było możliwe tylko z powodu degeneracji ruchu chavistowskiego, kryzysu gospodarczego oraz podziałów wewnątrz rządu, które pozwoliły frakcji Delcy Rodríguez zawrzeć układ z Trumpem i uniknąć masowej mobilizacji wenezuelskiej klasy pracującej przeciwko przejęciu władzy.
Jednak reżim irański różni się od wenezuelskiego. Opiera się on na Korpusie Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), jednostce Quds, służbach wywiadowczych oraz różnorodnych formacjach paramilitarnych, będąc w istocie wysoko rozwiniętym aparatem represji, ideologicznie skonsolidowany wokół reakcyjnej teologii, a zarazem posiadającym wielopoziomowy, zdecentralizowany system podejmowania decyzji. Według doniesień Ali Chamenei nalegał na stworzenie czterowarstwowej struktury przywództwa, tak aby nawet po usunięciu kluczowych liderów system nadal mógł funkcjonować.
Od neoliberalnego zwrotu w 1990 roku, a zwłaszcza po dojściu do władzy Mahmuda Ahmadineżada w 2005 roku, IRGC — poprzez złożoną sieć prywatnie kontrolowanych konglomeratów — zdobył kontrolę nad około 50% gospodarki. Do 2021 roku równowaga sił gospodarczych przesunęła się tak bardzo na korzyść IRGC i biurokracji duchownej, że aż 97% pracowników zatrudnionych było na kontraktach krótszych niż sześć miesięcy.
Czy wojska lądowe mogą doprowadzić do zmiany reżimu?
Trump zapowiada utrzymanie obecności wojskowej w regionie, gotowej do interwencji w razie całkowitego załamania zawieszenia broni. Stany Zjednoczone dysponują już około 50 tysiącami żołnierzy rozmieszczonych w Azji Zachodniej i wysłały tam kolejne tysiące. Pojawiają się również sugestie, że w Iranie mogą zostać rozmieszczone „buty na ziemi”, czyli wojska lądowe. Netanjahu zwiększa presję, twierdząc: „rewolucji nie da się przeprowadzić z powietrza”
Pomysł, że obecność wojsk lądowych umożliwi zmianę reżimu, jest jednak absurdalny.
W szczytowym momencie amerykańskiej interwencji w Afganistanie stacjonowało tam około 110 tysięcy żołnierzy USA. Początkowo, w 2001 roku, rząd talibów został obalony, a władzę przejął rząd Hamida Karzaja. Jednak po wycofaniu się ostatnich oddziałów amerykańskich, dwadzieścia lat później, talibowie ponownie objęli władzę.
Interwencja kosztowała ponad 1 bilion dolarów.
Iran stanowi znacznie większe wyzwanie. Jego powierzchnia jest trzy razy większa niż Afganistanu, a populacja dwa razy większa. Posiada nowoczesną, uprzemysłowioną i zmilitaryzowaną gospodarkę.
Stany Zjednoczone i ich sojusznicy mają haniebną historię interwencji podejmowanych w próbach wymuszenia zmiany reżimu, a jednym z najbardziej znanych przykładów był zamach stanu Mordad 1952/3, który obalił demokratycznie wybrany rząd Muhammada Mossadekha i zainstalował reakcyjną monarchię irańską. Reżim Pahlawiego, funkcjonujący jako zaplecze zachodnich wpływów, był skrajnie niepopularny, a jego represje wobec opozycji — wyjątkowo brutalne. W rezultacie został obalony podczas rewolucji w 1979 roku, po której nastąpiła kontrrewolucja kierowana przez Mullahów.
Nowsze interwencje USA, takie jak ta w 2003 roku, pozostawiły Irak w chaosie i doprowadziły do rozwoju Państwa Islamskiego. Libię, Syrię i Afganistan również można uznać za katastrofy. Po prowadzonej przez Stany Zjednoczone “wojnie z terroryzmem” szacuje się, że 4–5 milionów ludzi zginęło w wyniku jej późniejszych skutków.
W przeciwieństwie do Wenezueli, Trump nie dysponuje realną alternatywą rządu. Podział w strukturach IRGC i duchowieństwa jest mało prawdopodobny, ponieważ jakakolwiek oznaka słabości z ich strony zwiększa ryzyko wybuchu rewolucyjnego wewnątrz samego Iranu — wynik, którego USA i Izrael obawiają się bardziej niż kontynuacji irańskiego reżimu.
W czerwcu zeszłego roku, a także w pierwszych dniach tej wojny, zachodnie i izraelskie agencje promowały powrót Rezy Pahlaviego, syna byłego szacha. Dwa lata temu badanie sugerowało, że być może jedna piąta Irańczyków poparłaby jego powrót, a podczas styczniowych protestów jego imię czasami można było usłyszeć podczas wieczornych okrzyków w dzielnicach mieszkalnych. Jednak z jego zwolennikami na emigracji machającymi flagami Izraela i USA, wielu zwykłych Irańczyków, szczególnie kobiet, wydawało się odwracać od monarchii.
Jak zauważył jeden z komentatorów: „Kultura oporu narastała przez lata. W efekcie część młodych ludzi, niepamiętających ani interwencji USA, ani życia pod rządami szacha, ulegała złudzeniom co do możliwych alternatyw wobec reżimu. Dziś jednak, widząc spadające bomby i rakiety, zaczynają rozumieć, co to naprawdę oznacza”. Reza Pahlavi — mimo deklaracji o przywiązaniu do świeckości i demokracji — pozostaje w politycznym sojuszu z Trumpem i Netanjahu oraz uczestniczy w konferencjach promujących „konserwatyzm narodowy” u boku takich postaci jak JD Vance, Marco Rubio, Viktor Orbán czy Peter Thiel, a także innych przedstawicieli skrajnej prawicy.
Pomimo że nowe przesłanie ajatollaha z okazji Noruz nawoływało do „gospodarki oporu opartej na jedności narodowej i bezpieczeństwie państwa”, a samozwańczy szach chce „jednego narodu, jednego języka, jednego króla”, lud irański nie jest jednorodny. Persowie stanowią ledwie większość populacji Iranu — druga połowa to Azerowie, Kurdowie, Balochowie, Arabowie, Turcy, Turkmeni i inni. Zarówno Republika Islamska, jak i monarchia Pahlaviego są projektami autorytarnymi, dążącymi do tłumienia różnorodności etnicznej oraz praw wszystkich uciskanych — cierpieć będą robotnicy, kobiety i społeczność LGBTQ+.
Teraz, gdy jak się zdaje, USA zrozumiało, że Pahlavi nie cieszyłby się szerokim poparciem, pojawiły się inne możliwe osoby, z którymi mogłoby współpracować. Najnowszą z nich jest przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf, skorumpowany lojalista reżimu, który jako wysoki rangą przywódca IRGC odpowiedzialny był za brutalne stłumienie protestów studenckich w 1999 roku, a także za ruch Kobieta, Życie, Wolność. Chwali się, że w 1999 roku jeździł motocyklem po Teheranie, bijąc studentów pałkami, i nakazał, aby wszystkie kobiety pracujące w urzędach miejskich zastąpiono mężczyznami.
Zamiast zmiany reżimu – chaos
To prowadzi do wniosku, że szczególnie Netanjahu, ale również Trump, stoją przed wyborem: skoro nie są w stanie całkowicie pokonać reżimu ajatollahów ani znaleźć w kraju sojusznika, z którym mogliby współpracować, najbardziej odpowiadającym im rezultatem będzie chaos, a nawet możliwe konflikty międzyetniczne w kraju. Z tego powodu Trump wezwał „Kurdów” do podjęcia walki przeciwko reżimowi.
Określenie „Kurdowie” ujęte jest w cudzysłów, ponieważ nie stanowią oni jednolitego podmiotu politycznego, lecz raczej bywają traktowani jako element rozgrywki geopolitycznej. Irańskim Kurdom już w czasach dyktatury Pahlaviego odmawiano autonomii, o którą zabiegali; władze postrzegały te postulaty jako zagrożenie dla integralności państwa i odpowiadały na nie brutalnymi represjami. Rządy Republiki Islamskiej jedynie zaostrzyły tę politykę. Współczesny Pahlavi powiela tę logikę, stwierdzając: „Integralność terytorialna Iranu jest ostateczną czerwoną linią”.
W rzeczywistości wielu Kurdów — podobnie jak Azerowie, Beludżowie i przedstawiciele innych narodowości — zmaga się z tymi samymi problemami co inni mieszkańcy Iranu. Pokazał to ruch „Kobieta, Życie, Wolność”, który wybuchł po zabójstwie młodej Kurdyjki Jiny Mahsy Amini.
Doniesienia, że USA dostarczają broń kurdyjskim grupom i zachęcają je do rozpoczęcia walki zbrojnej w Iranie, pokazują cyniczne lekceważenie praw Kurdów. USA mają długą historię wykorzystywania Kurdów dla własnych interesów, a następnie zdradzania ich. W 1991 roku George Bush zaoferował wsparcie irackim Kurdom, jeśli rozpoczną powstanie, ale kiedy Saddam Husajn wysłał samoloty i śmigłowce bojowe, w celu ich brutalnego stłumienia, Bush nie zrobił nic. Teraz, gdy dyktatura Assada w Syrii upadła, USA odwróciły się od swoich dawnych sojuszników w Rojawie.
Dziś kluczowe grupy kurdyjskie związane są z różnymi interesami imperialistycznymi – Patriotyczna Unia Kurdystanu Talabaniego ma powiązania gospodarcze z Teheranem – jeden z jej członków jest obecnie prezydentem Iraku, który ogłosił oficjalną żałobę po zabiciu Alego Chameneiego. Partia Wolnego Życia Kurdystanu (PJAK) ma bliskie związki z SDF w Syrii i PKK w Turcji. SDF, niedawno opuszczone przez USA, stopniowo integruje swoje siły z armią syryjską. Demokratyczna Partia Kurdystanu Barzaniego spotkała się z dyplomatami amerykańskimi, ale podkreśliła, że on i rząd irackiego Kurdystanu nie będą interweniować.
Kierownictwo irackiego Kurdystanu nie jest skłonne, z tych samych z resztą powodów co główne reżimy arabskie, do zaangażowania w wojnę z Iranem na żądanie USA. Mimo to, Iran wciąż prowadzi ataki na cele w regionie, które postrzega jako potencjalne zagrożenia. W momencie pisania tego tekstu odnotowano ponad 100 ataków na domy irańskich Kurdów, siedziby irańskich partii kurdyjskich i obozy dla kurdyjskich uchodźców z Iranu.
W tym kontekście niedawno powstała Koalicja sześciu partii kurdyjskich nie tylko nie ma zasobów do realnej opozycji wobec Mullahów, ale stoi przed realnym niebezpieczeństwem rozdarcia przez różne siły zastępcze i interwencje Syrii, Iraku, USA i Turcji, z których żadna nie chce jakiejkolwiek formy rzeczywistej autonomii kurdyjskiej w Iranie. Wielu Kurdów nie chce być wykorzystywanych jako pionki w konfliktach między różnymi mocarstwami regionalnymi i imperialistycznymi, lecz pragnie zachować własną podmiotowość w obronie własnych interesów.
Poza Kurdami, kolejną ważną i znacząco większą mniejszością są Azerowie. Każdy ruch Kurdów w kierunku autonomii spotkałby się ze znacznym oporem ze strony reżimu azerskiego Alego M. Alijewa, który jest ściśle powiązany z reżimem Erdogana w Turcji.
Państwa Zatoki Perskiej
Choć były szef wywiadu Arabii Saudyjskiej, książę Turki al-Faisal, określił konflikt jako „wojnę Netanjahu”, izraelsko-amerykański atak na Iran wywołał poważne obawy na całym Półwyspie Arabskim. Przed rozpoczęciem nalotów kilka arabskich reżimów ostrzegało i błagało USA, aby nie rozpoczynały ataku z obawy przed konsekwencjami. Podczas gdy Trump twierdzi, że był zaskoczony reakcją Iranu, Iran od dawna ostrzegał, że jeśli zostanie bezpośrednio zaatakowany, spróbuje rozszerzyć konflikt na cały region.
Teraz reżimy, które pozwalały USA i innym mocarstwom imperialistycznym korzystać ze swoich terytoriów jako baz wojskowych, odkrywają koszt tego typu polityki. USA nie tylko nie spieszą się z ochroną ich interesów, ale państwa te tracą również możliwość samodzielnego decydowania o własnych sprawach. Po irańskich atakach na Kuwejt, Dubaj, ZEA, Arabię Saudyjską, Katar i Bahrajn państwa Rady Współpracy Zatoki stwierdziły, że nie chcą zostać wciągnięte w bezpośrednią konfrontację z Iranem, ale jeśli do niej dojdzie, „wyczerpie zasoby obu stron i stworzy okazję dla wielu sił, by kontrolować nas pod pretekstem pomocy przy wyjściu z kryzysu”. Po czterech tygodniach wojny reżimy przezwyciężają swój początkowy szok. Wciąż starając się unikać wciągnięcia w otwarty konflikt z Iranem, szczególnie saudyjscy dyplomaci otwarcie krytykują Trumpa i Netanjahu. Omański minister spraw zagranicznych Badr al-Busadi stwierdził, że „Ameryka straciła kontrolę nad własną polityką zagraniczną”. Wzywając do rozwiązania dyplomatycznego, mają jednocześnie nadzieję ujrzeć osłabiony jakościowo Iran. Obawiają się jednak, że mógłby się stać przez to krajem w stanie załamania i chaosu, powodującym jeszcze większą niestabilność w regionie.
Według innego komentatora: “Rządy arabskie czują się zdradzone i wstrząśnięte”. Jak zauważył kolejny komentator, ich gospodarki zostały cofnięte o 15 lat. Odczuwają gniew wobec Irańczyków za przedłużanie konfliktu, ale także wobec USA i Izraela za jego sprowokowanie. W konsekwencji Stany Zjednoczone mogą zostać osłabione w rywalizacji z Chinami.
W obliczu trwającego ludobójstwa Palestyńczyków oraz eskalującej agresji Izraela wobec Libanu, Syrii i innych państw, każda próba włączenia się krajów Zatoki Perskiej do wojny z Iranem spotka się z powszechnym gniewem społecznym. Jak wynika z ubiegłomiesięcznego badania „Arab Opinion Index”, 87% respondentów w świecie arabskim sprzeciwia się uznaniu Izraela. Niezależnie od dalszego rozwoju wydarzeń, reżimy arabskie nie są już tak pewne, czy Stany Zjednoczone będą chronić ich interesy. W rezultacie prawdopodobnie zintensyfikują działania na rzecz ich dywersyfikacji — rozwijając relacje z Chinami, Turcją oraz państwami europejskimi.
Przyjaciele Iranu tylko na dobre czasy
Zachodni podżegacze wojenni i media, takie jak Fox News, podkreślają bliskie sojusze między Iranem, Chinami i Rosją. Przewodniczący Izby Reprezentantów USA, Mike Johnson, określa to jako nową „Oś zła”. Liberalne media często powtarzają tego typu poglądy. Obecnie jednak, gdy irański reżim stoi w obliczu wojny o przetrwanie, jego przyjaciele pozostają z dala.
Od czasu brutalnej inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku nie była ona w stanie wysłać wsparcia swoim sojusznikom, gdy byli atakowani. Armenia została zignorowana, gdy zwróciła się o pomoc, by powstrzymać Azerbejdżan przed zdobywaniem Górskiego Karabachu. Kreml nie kiwnął nawet palcem, gdy widział upadek reżimu swojego byłego sojusznika – Baszara al-Asada. Oddziały Trumpa nie napotkały żadnego oporu, gdy schwytali Maduro.
Chiny również wykazują niechęć do bezpośredniego angażowania się w konflikt. Świadome, że Trump zmodyfikował Strategię Bezpieczeństwa Narodowego USA (tzw. doktrynę Monroe’a) w sposób, który relatywnie umniejsza zagrożenie ze strony Chin, Pekin przyjmuje ostrożne podejście. Xi unika konfrontacji z Trumpem w kontekście Iranu, zwłaszcza przed planowaną wizytą, która została obecnie przesunięta o miesiąc. Tymczasem główna umowa dotycząca sprzedaży broni dla Tajwanu, wcześniej zapowiedziana przez USA, nadal jest wstrzymywana przez Biały Dom.
Konflikt Pakistan–Afganistan
Uproszczona ocena niedawnego konfliktu między Pakistanem a Afganistanem – dwoma wschodnimi sąsiadami Iranu – traktuje go jako odizolowany, binarny spór, czasem wciśnięty na siłę w szablon geopolityczny Chiny kontra USA. Jednak fakt, że rozpoczął się zaledwie trzy dni po początkowych atakach USA i Izraela na Iran, zwraca uwagę na to, że konflikt ten jest częścią szerszej regionalnej walki.
Premier Pakistanu Shehbaz Sharif i wojsko odsunęli się od wcześniejszych sojuszy i poparcia dla rządu talibów w Kabulu na rzecz silniejszych powiązań z reżimem Trumpa. Początkowy atak Pakistanu, w którym zginęło ponad 400 osób po trafieniu szpitala psychiatrycznego, Sharif uzasadnił jako niezbędny dla zapewnienia bezpieczeństwa Pakistanu po tym, jak grupy sprzymierzone z talibami nasiliły swoją aktywność w kraju.
Naloty i ataki dronów były wyraźnie zatwierdzone, a być może nawet uprzednio zainspirowane przez Waszyngton, który chciał ostrzec talibów, by nie wywiązywali się ze swojej obietnicy wsparcia Teheranu w przypadku ataku USA. Wojsko Pakistanu zadbało, aby dawna amerykańska baza lotnicza „Bagram”, opuszczona po wycofaniu się USA z Afganistanu, została zniszczona, aby talibowie nie mogli z niej korzystać.
Choć „gorąca faza” konfliktu trwała krótko, działania Pakistanu spełniły dwa cele: po pierwsze, stanowiły wyraźne ostrzeżenie dla Kabulu, by nie angażował się w szerszy konflikt, a po drugie – doprowadziły do znacznego wzrostu napięcia między dwoma państwami graniczącymi z Iranem, co dodatkowo skomplikowało sytuację Teheranu.
Obecne wydarzenia sprawiły, że pakistańskie elity rządzące, działające w imieniu Sharifa oraz „ulubionego marszałka polnego” Trumpa, Asima Munira, przejęły inicjatywę jako pośrednicy w rozmowach prowadzonych z udziałem Omanu i Kataru. Niewątpliwie przyjaźń Sharifa z Trumpem, geograficzna bliskość kraju do Iranu oraz wsparcie Chin były kluczowymi czynnikami umożliwiającymi wywarcie presji na irańskie kierownictwo, skłaniając je do tymczasowego zaakceptowania propozycji pozwalającej Trumpowi wycofać się z wcześniejszych gróźb.
Możliwa odnowa konfliktu i nowe eskalacje
Jeżeli zawieszenie broni się załamie, jedną z możliwości jest lądowanie wojsk amerykańskich wzdłuż wybrzeża cieśniny Ormuz, jednak w tym celu potrzebne jest wsparcie morskie – największy amerykański lotniskowiec musiał jednak wycofać do bazy na Cyprze po awarii instalacji sanitarnych oraz pożarze, który zniszczył mesy dla 600 marynarzy.
Bardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się próba przejęcia przez wojska amerykańskie wyspy Kharg, na której koncentruje się zdecydowana większość irańskich zdolności eksportowych ropy. Jednocześnie groźby Trumpa dotyczące zniszczenia irańskiej infrastruktury energetycznej, gdyby zostały zrealizowane, doprowadziłyby do kolejnej eskalacji konfliktu. Już sama groźba takich działań budzi sprzeciw państw Zatoki Perskiej, które obawiają się ewentualnych działań odwetowych ze strony Iranu.
Każda interwencja lądowa wiązałaby się jednak z ogromnymi kosztami dla USA. Ratowanie jednego pilota, którego F-16 został zestrzelony przez siły irańskie, wymagało udziału ponad 100 członków sił specjalnych, a podczas operacji zniszczono dodatkowo pięć samolotów – dwa C-130, dwa śmigłowce i jeden Warthog. Sugerowano, że całe przedsięwzięcie, którego koszt szacuje się na 300–500 milionów dolarów, w rzeczywistości było próbą ustanowienia bazy lądowej w Iranie w przygotowaniu do pełnej inwazji. Jeśli tak było, zakończyło się całkowitą klapą.
Jeżeli po krótkiej przerwie nastąpią nowe eskalacje, istnieje realne niebezpieczeństwo większego zaangażowania Huti z Jemenu. W ich przywództwie występują poważne podziały. Wygląda na to, że doświadczenie wynikające z wcześniejszego ograniczonego wsparcia dla Gazy po październiku 2023 roku przyniosło zbyt duże straty wśród wojskowych i cywilów, a także w infrastrukturze kraju. Konflikt osłabił też postępy w realizacji roadmapy pokojowej w Jemenie prowadzonej przez Arabię Saudyjską. Z tych powodów duża część przywództwa Huti przyjmuje bardzo ostrożne podejście, chcąc uniknąć otwartej konfrontacji z osią USA-Izrael.
Inna część przywództwa obawia się, że opóźnianie interwencji spowoduje straty w ewentualnych powojennych przetasowaniach regionalnej równowagi sił. Jeśli na koniec okresu zawieszenia broni nie zostanie osiągnięte żadne porozumienie, nurt ten może stać się dominujący. Gdyby Huti ograniczyli dostęp do szlaków tranzytowych na Morzu Czerwonym, szkody już wyrządzone globalnym cenom energii eskalowałyby wykładniczo.
Konsekwencje gospodarcze i globalny kryzys
Pomimo że Trump otoczył się skrajnie prawicowymi lizusami i wojennymi jastrzębiami, podsycanymi fundamentalistycznymi wezwaniami do przygotowania się na „drugie przyjście Chrystusa”, wydaje się, że istnieją mimo to naciski zmuszające go do wycofania się z dalszej eskalacji. Reżim irański ma przewagę strategiczną, podczas gdy nawet niektórzy republikańscy i MAGA-owscy jastrzębie wyrażają niezadowolenie z jego strategii. Niestabilność giełdowa i ceny ropy już powyżej 100 dolarów za baryłkę również powstrzymują Trumpa.
W pierwszym miesiącu same Stany Zjednoczone wydały na wojnę 40 miliardów dolarów. Dla porównania, w ciągu czterech lat wojny na Ukrainie USA wysłały łącznie 65 miliardów dolarów wsparcia wojskowego. Teraz Trump wnioskuje do Kongresu o zobowiązanie 200 miliardów dolarów na wojnę z Iranem.
Im dłużej trwa wojna, tym poważniejsze będą jej konsekwencje dla światowej gospodarki. Klasa pracująca i biedni w Iranie już doświadczają hiperinflacji i deficytów, pogłębianych przez załamanie infrastruktury – energetycznej i transportowej – tak niezbędnej do codziennego życia. Projekty budowlane zostały wstrzymane, pozostawiając 80–90% pracowników budowlanych bez pracy. Przy inflacji sięgającej 200–300% nie wiadomo, jak ci pracownicy mają przetrwać. Ponadto rząd nie zapewnia żadnej ochrony – brak alarmów przeciwlotniczych, schronów ani jakiejkolwiek formy planowania awaryjnego w gospodarce.
Na poziomie globalnym Międzynarodowa Agencja Energetyczna określiła tę sytuację jako największe w historii zakłócenie dostaw. Dotyczy to nie tylko ropy czy gazu; hel jest niezbędny do produkcji chipów, a 30% dostaw nawozów przechodzi przez Cieśninę Ormuz. Kraje takie jak Tajlandia i Bangladesz prawdopodobnie będą zmagać się z niedoborem żywności, podczas gdy Indie i Sri Lanka już borykają się z deficytem paliw.
Na poziomie międzynarodowym, jeśli wojna będzie trwała znacznie dłużej, pojawi się nowa fala inflacji, gospodarki stojące na krawędzi recesji zostaną w nią wepchnięte, a stagnacja już dotykająca niektóre gospodarki najpewniej się rozprzestrzeni. Nawet jeśli wojna zakończyłaby się natychmiast, przywrócenie zniszczonych już zasobów energetycznych i zdolności rafineryjnych zajęłoby miesiące, jeśli nie lata.
Koszt dla środowiska jest również praktycznie niepoliczalny. Po tym, jak izraelskie bomby spadły na irańskie obiekty naftowe, Teheran został spowity czarnym dymem, a z nieba spadł czarny deszcz. W konsekwencji rosyjskiej inwazji na Ukrainę, izraelskich ataków na Palestynę oraz wojny USA i Izraela przeciwko Iranowi, uwolniono setki milionów ton gazów cieplarnianych, podczas gdy plany przejścia na energię odnawialną są opóźniane, gdyż energia węglowodorowa znów zyskuje na znaczeniu.
Prawdziwa siła zmian w Iranie
Głęboka integracja aparatu represji z irańskim państwem kapitalistycznym napędzała jakościowy i ilościowy rozwój ruchów opozycyjnych w ostatniej dekadzie. Poruszały się one w kierunku rewolucyjnym.
Protesty Dey z 2017/2018 roku oraz protesty Aban z 2019 roku, które wybuchły po podwyżkach cen żywności i energii, powstanie „Kobieta, Życie, Wolność” po zabójstwie Jiny Mahsy Amini oraz masowe protesty styczniowe rozpoczęte w teherańskim bazarze po załamaniu waluty, rosły pod względem zasięgu i spotykały się ze wzmożonym represjami. W 2017 roku protesty rozprzestrzeniły się na 75 miast i miasteczek, w 2026 roku objęły 200 miejscowości we wszystkich prowincjach. W 2017 roku aresztowano 4 000 osób i zginęło 20, podczas gdy w 2026 roku odnotowano 26 000 aresztowań i ponad 7 000 potwierdzonych ofiar śmiertelnych.
Są to jedynie wstępne statystyki HRANA, które mogą okazać się poważnym niedoszacowaniem, jednak nawet one podkreślają jak desperacko reżim stara się utrzymać przy władzy – w razie jego upadku masy będą domagać się pociągnięcia jego brutalnych oprawców do odpowiedzialności. Pokazuje to również, dlaczego protestujący coraz częściej wyciągają bardziej radykalne wnioski na temat tego, co jest konieczne. Nie ograniczają już swoich żądań do zakończenia wzrostu cen i represji, lecz domagają się całkowitej zmiany władzy.
Na chwilę obecną atak imperialistów nie wzmocnił opozycji, która nawet przy huku bomb stoi wobec nowej fali aresztowań i represji. Reżim wciąż znajduje się w kryzysie, ale wykorzystuje okazję stworzoną przez Trumpa i Netanjahu, aby utrzymać i przynajmniej tymczasowo wzmocnić swoje panowanie.
Nie oznacza to, że większość ludzi nie czuje wściekłości. Pomimo ekstremalnych ograniczeń dostępu do internetu i innych środków komunikacji, głosy feministycznych, pracowniczych i lewicowych aktywistów z wnętrza Iranu wciąż dają się usłyszeć. Elaheh Mohammadi jest dziennikarką, która jako pierwsza ujawniła historię śmierci i pogrzebu Jiny. Za to spędziła 17 miesięcy w więzieniu i ponownie została wezwana na przesłuchanie w lutym. Pisze:
„Od ponad miesiąca zasypiamy przy dźwiękach myśliwców i eksplozji, i budzimy się przy tych samych dźwiękach. A w środku całego tego strachu próbujemy prowadzić coś, co wygląda jak „życie”. Tymczasem po drugiej stronie świata, wśród spokoju i wygody, ludzie rozmawiają o bombach nuklearnych, jakby każda eksplozja tutaj nie była już wystarczająca, by zabrać kilka istnień, nie mówiąc już o bombie nuklearnej. Jesteśmy dosłownie uwięzieni. Każdego dnia tracimy życie drogich cywilów. Boimy się, płaczemy, czasami wymuszamy uśmiech tylko po to, by przetrwać. Od rana do nocy walczymy z konfiguracjami i wszelkiego rodzaju VPN-ami, a każda chwila niesie pytanie: czy dom nadal będzie stał za minutę? Dla nas wojna to nie tylko wiadomości czy analizy polityczne. To upadek życia, oddech po oddechu. Wasza wojna jest naszym nocnym koszmarem. Nie dla wojny, nie dla bomb, nie dla decyzji podejmowanych z bliska ani z daleka w sprawie naszego życia.”
Prawdziwi opozycjoniści w Iranie stoją przeciwko zarówno reżimowi, jak i na imperializmowi, jednak codzienna walka, aby uniknąć aresztowania i śmierci, ma swoje skutki — w ogólnej atmosferze ostrożności, zamieszania i strachu przed wypowiadaniem się, zorganizowana opozycja musi na razie być cierpliwa, budując się w warunkach podziemnych, dyskutując nad programem i taktyką, gotowa działać, gdy tylko warunki na to pozwolą.
Dlatego też koniecznym jest zbudowanie silnego, międzynarodowego ruchu antyimperialistycznego, opartego na wyraźnej, klasowej i robotniczej alternatywie politycznej, zdolnej do przeciwstawienia się samemu systemowi kapitalistycznemu. Ruch ten powinien iść w parze z realną, materialną i polityczną solidarnością z tymi, którzy sprzeciwiają się reżimowi w Iranie oraz w innych częściach świata. Demonstracje przeciwko wojnie i militaryzacji, mające na celu wywieranie nacisku na rządy, aby wycofały się z wojny, odgrywają pozytywną rolę, ale muszą być połączone z działaniami mającymi na celu blokowanie ich zdolności do prowadzenia wojny – pikiety i bojkoty baz wojskowych, producentów broni oraz transportu broni i zasobów.
Nie jest zaskakujące, że wielu irańskich aktywistów coraz bardziej frustruje stanowisko przyjmowane przez wielu zachodnich „lewicowców” w odniesieniu do wojny. Odnosi się to głównie do tzw. „kampistów” z ich podejściem, że każdy przeciwnik imperializmu USA jest sojusznikiem. Chociaż podejście to wynika z ideologii stalinizmu i maoizmu, zaraziło ono organizacje tradycyjnie związane z trockizmem, takie jak RCI, która głosi: „Opowiadamy się za bezwarunkową obroną Iranu przed agresywnymi działaniami amerykańskiego imperializmu i jego izraelskich pośredników.”
Pochlebcze deklaracje kierowane pod adresem osób walczących z reżimem w istocie umniejszają znaczenie ich walki, zwłaszcza w sytuacji, gdy irańskie władze konfrontują się z presją ze strony amerykańskiego imperializmu. Z kolei drugi obóz rozpowszechnia złudzenia na temat zachodniego imperializmu, przedstawiając go jako bardziej postępowy, demokratyczny i mniej agresywny niż inne jego odmiany. W efekcie, w przypadku Iranu skończyli po tej samej stronie co skrajnie prawicowi monarchiści.
Inne grupy lewicowe przedstawiają program, starannie dopracowywany przez dekady, który słusznie argumentuje, że jedynie obalenie kapitalizmu i budowa społeczeństwa socjalistycznego może zakończyć wojnę, nierówność, ucisk i biedę. Jednak program ten pozostaje abstrakcyjny, ponieważ jego zwolennicy, niemal zawsze żyjący w burżuazyjnych demokracjach, nie mają pojęcia o rzeczywistych warunkach panujących gdzie indziej oraz jak organizować masowe ruchy przeciwko represjom oraz o prawa demokratyczne, jak ma to miejsce chociażby w Iranie, podczas tzw. kolorowych rewolucji czy w ruchach pokolenia Z. Tymczasem powodzenie tego rodzaju zmagań jest warunkiem koniecznym dla powstania autentycznego społeczeństwa socjalistycznego.
Każda z tych grup twierdzi, że stosuje podejście Lenina do wojny imperialistycznej – rewolucyjny defetyzm. Lenin podkreślał jednak, że rewolucjoniści nie mogą wstrzymywać walki przeciw własnym rządom, nawet jeśli prowadzi to do klęski własnego kraju. Kiedy lewica tego nie rozpoznaje, odbiera masom jakąkolwiek sprawczość w ich własnej walce – w najlepszym wypadku pozostawiając ją socjalistom w krajach zachodnich, w najgorszym – interwencji wojskowej jednej z sił imperialistycznych.
Lewica antyimperialistyczna musi słuchać aktywistów w Iranie, aby zrozumieć, dlaczego irańskie feministki nadal walczą o obalenie dyktatury duchowieństwa, jednocześnie sprzeciwiając się bombardowaniom przez USA i Izrael; dlaczego irańscy pracownicy wciąż tak zdecydowanie walczą o swoje prawa, mimo spadających bomb i represji ze strony band IRGC; albo dlaczego irańscy aktywiści queer tak sprzeciwiają się zarówno teokracji, jak i antytransowej retoryce zachodnich mocarstw imperialistycznych. I co najważniejsze – po wysłuchaniu ich – zrobić wszystko, co możliwe, aby zapewnić prawdziwą solidarność tym, którzy walczą w tak strasznych warunkach, wspierać budowę trwałych organizacji zdolnych do działania mimo represji oraz pomagać w walce o realny koniec dyktatury.
Bez względu na ostateczny wynik ataku USA i Izraela oraz negocjacji prowadzonych przez Pakistan, reżim prawdopodobnie pozostanie na swoim miejscu. Jego struktury mogą ulec osłabieniu, lecz paradoksalnie doprowadzi to do jeszcze bardziej desperackiej walki o utrzymanie władzy. Jego przetrwanie zostanie przedstawione jako zwycięstwo. Dlatego tym ważniejsze jest, aby heroiczni aktywiści, którzy obecnie walczą w ekstremalnie represyjnym społeczeństwie, mogli rozwijać swoje organizacje i zwyciężać.
Organizacje reprezentujące pracowników transportu miejskiego, robotników trzcin cukrowych czy emerytów z Iranu są jednoznaczne. Mówią: „My, pracujący ludzie Iranu – nauczyciele, pielęgniarki, robotnicy, emeryci – nie zyskujemy nic na wojnie, militaryzmie, bombardowaniach ani politykach imperialistycznych… To zwykli ludzie, a zwłaszcza klasa pracująca, płacą cenę własnym życiem, zdrowiem i domami.”
Obwiniają USA i Izrael o ludobójstwo w Gazie, a ONZ i organy międzynarodowe o bezczynność. Twierdzą, że to dążenie kapitalizmu do zysku i imperializm „są źródłowymi przyczynami wojny, katastrofy środowiskowej i ludzkiego cierpienia”.
Argumentują, że broń jądrowa stanowi realne zagrożenie w skali globalnej. Jednocześnie jednak międzynarodowe sankcje są wykorzystywane jako narzędzie nacisku, którego koszty ponoszą przede wszystkim ludzie pracy — rośnie ubóstwo i pogłębiają się nierówności. Reżim wykorzystuje tę sytuację, przerzucając odpowiedzialność za wewnętrzne kryzysy na czynniki zewnętrzne oraz kierując ograniczone zasoby na podtrzymanie aparatu represji, kosztem zwykłych obywateli.
Mówią, że wybór binarny musi zostać odrzucony. Międzynarodowy ruch robotniczy nie może wspierać reżimu i jego sił zbrojnych, ani nie powinien popierać polityk szkodzących zwykłym ludziom.
Zamiast tego należy zwiększyć solidarność na rzecz ruchów obywatelskich i społecznych, walczących o wolność organizowania się, tworzenia partii politycznych i swobodę wypowiedzi, o zakończenie ucisku kobiet i społeczności LGBTQ+, o zaprzestanie prywatyzacji i cięć oraz o prawa pracownicze i narodowe.
Organizacje pracownicze w Iranie domagają się zakończenia bombardowań, zbrodni wojennych i zniszczeń ekologicznych — oraz solidarności z ludźmi w Iranie i na Bliskim Wschodzie w ich walce o pokój, sprawiedliwość i godność. „Nie wojnie. Nie militaryzmowi. Natychmiastowe zawieszenie broni” — to ich hasło przewodnie, i należy zrobić wszystko, aby je wesprzeć.
